WAŻNA INFORMACJA - strona korzysta z plików Cookie
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania prezentowanej zawartości do potrzeb odwiedzających. Korzystanie z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci Twojego komputera.

Akademia Polskiej siatkówki

  
Dane do logowania
Który polski zespół jako pierwszy (i jedyny) zdobył Puchar Europy? - to pytanie często pojawia się w quizach sportowych. Płomień Milowice trwale PRZESZEDŁ do historii polskiego sportu po tym, jak triumfował w odpowiedniku dzisiejszej Ligi Mistrzów. Sukcesu zazdrościła podopiecznym Aleksandra Skiby niejedna drużyna.

OSTATNI, PIERWSZY, JEDYNY

19 lutego 1978 roku. Ostatnie, decydujące starcie turnieju finałowego Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. W hali St. Jacoba w szwajcarskiej Bazylei Płomień Milowice gra z czechosłowackim CSRS Aero Odolena Voda, naszpikowanym reprezentantami tegoż kraju. W czwartym secie Polacy prowadzą 12:5 i są prawie pewni końcowego zwycięstwa. Nic z tych rzeczy - chwila dekoncentracji i trzeba rozegrać tie-break. W piątej partii początkowo prowadzi Aero 3:1, potem jednak dochodzi do zmiany wyniku na 8:3 dla Płomienia. Bohaterem dnia staje się Ryszard Bosek. Przy stanie 13:7 zdobywa punkt bezpośrednio z zagrywki, a ostatnie „oczko” jest udziałem całej drużyny, która skutecznie gra blokiem. Po 107 minutach w glorii z boiska schodzą Polacy. Otrzymują pierwszy w historii polskiej siatkówki, póki co jedyny w dorobku polskiego sportu - Puchar Europy.

- Ja bohaterem? Cały zespół musiał grać dobrze, by zwyciężyć. Ale faktycznie byłem wtedy w takiej formie, że dałem dodatkowy impuls. Pewnie wbiłem w ten sukces przysłowiowego gwoździa - śmieje się popularny „Bubu” (pseudonim pochodzi z kreskówki o misiu Yogim), czyli Ryszard Bosek.

WŁOSKIE ŚCIANY

Ale do sukcesu wiodła długa i wcale nie taka prosta droga. Aby myśleć o turnieju finałowym, trzeba było najpierw wyeliminować Panathinaikos Ateny, a potem Federlazio Roma. Zwłaszcza Włosi przyprawili Polaków o zawrót głowy. I nie tyle uczynili to sami zawodnicy, co sędziowie. Wyznaczeni przez federację Grecy nie dolecieli z Aten z powodu złej pogody, więc spotkanie prowadzili... Włosi. Jak można było przewidzieć, na każdym kroku pomagali gospodarzom.

- To była farsa. Arbitrzy zagapili się tylko w jednym secie, którego udało nam się wygrać. Więcej nie dało rady - mówi Włodzimierz Sadalski. Zemsta była słodka. We własnej hali Polacy udzielili Romie srogiej lekcji pokory (3:0). W turnieju finałowym los Włochów podzieliły kolejno turecki Boronkay Stambuł (3:0), holenderski Starlift Haga (3:1) i wreszcie czechosłowacki CSRS Aero Odolena Voda. Po ostatnim gwizdku sędziego na boisku zapanowała euforia. - Krzyczeliśmy ze szczęścia, przeciwnicy zaś byli wyraźnie zaskoczeni. Każdy mógł wygrać, nie było murowanego faworyta. Ale my w kolejce po tytuł według wielu byliśmy ostatni - wspomina Bosek.

Złośliwi twierdzą, że triumf Polaków był możliwy, bo w turnieju nie wzięli udziału Rosjanie, którzy wcześniej regularnie zdobywali trofeum, a także Bułgarzy czy Rumuni. - Ten fakt z pewnością nam pomógł. Gdyby Rosjanie występowali, zmniejszyłyby się szanse wygrania pucharu. Jednak my mieliśmy wtedy bardzo dobry zespół pod względem personalnym. Porażki nas nie deprymowały. Staliśmy się modelem drużyny nie tylko na boisku, ale i poza nim - podkreśla Bosek.

TRIUMFALNY POWRÓT

Tłumy czekały w dwudziestostopniowym mrozie na nowych „gwiazdorów” na lotnisku Okęcie. Po dwóch godzinach opóźniony samolot wylądował, a zespół powitali szefowie klubu, przedstawiciel Ministerstwa Górnictwa i młodzież ze szkoły górniczej, rytm zaś wybijała orkiestra górnicza.

- Byłem tam. Mało mnie duma i radość nie rozerwały - napisał na siatkarskim forum wierny kibic Płomienia. Wzruszeni byli też sami bohaterowie. - Czuliśmy się jak królowie. Aż mi się ciepło na sercu zrobiło - wspomina Sadalski. I nie miał znaczenia fakt, że nie pojawił się tam nikt z dawnego PZPS.

- Myślę, że siatkarskie środowisko nie zdawało sobie wtedy sprawy z tego, co osiągnęliśmy - dodaje Jerzy Malinowski.

Wśród gratulacji nie mogło zabraknąć tych od władz krajowych, które uhonorowały klub sporą sumą pieniędzy, a także powinszowań... od rywali z krajowych boisk. - Czy zazdrościli? Pewnie! Ale bardzo pozytywnie. Oczywiście też chcieliby wygrać, jednak historia pokazała, że to wcale nie taka prosta sprawa - uśmiecha się Bosek. - Wtedy było też trochę mniej zawodowstwa, a przez to więcej przyjaźni między ludźmi. Częściej się spotykaliśmy. Wszyscy szczyciliśmy się tym, że nasza siatkówka osiągnęła taki sukces... Gdybym mógł wrócić do tych czasów, nie zawahałbym się. Mało tego, poszedłbym w ciemno, nawet bez walizki.

SŁAWA I HONOR

„Największy sukces w historii klubowej siatkówki w Polsce”, jak określa wydarzenie Ministerstwo Sportu i Turystyki na swoich stronach internetowych, nie byłby możliwy bez mocnego składu i doskonałego trenera. 33-letni Aleksander Skiba trafił do Płomienia dzięki... grającym tam zawodnikom. - Wrócił wtedy z zagranicy i nie miał pracy. Część chłopaków znała go z kadry. Ja dzieliłem z nim nawet pokój, gdy razem graliśmy. Chcieliśmy, by z nami pracował - wyjaśnia Bosek. 

- Zwracaliśmy się do niego po imieniu, ale jak trzeba było, potrafił nas opieprzyć - wspominał Waldemar Wspaniały.

Sukces spadł na młodego trenera jak z nieba: nie dość że był pierwszym w jego karierze, to jeszcze tak wysokiej rangi.  - To była kwestia honoru! Prestiż był chyba nawet większy niż teraz, kiedy zwycięstwa klubowe odbijają się nieco mniejszym echem, przynajmniej w siatkówce. A wtedy sukces klubowy porównywano do kadrowego - dodaje Bosek. - Hale były wypełnione, popularność siatkówki prawie tak wysoka jak dziś. Całkowicie zmieniły się za to jej rozgrywki, kiedyś grało się przecież do 15. Nowe reguły sprawiły, że dyscyplina stała się atrakcyjniejsza. Nie gra się już godzinami i każda piłka jest ciekawa. Poza tym słabszy może ograć silniejszego. Kiedyś to nie było możliwe.

PORA NA NOWY ROZDZIAŁ...

Minęło trzydzieści lat, a Płomień nadal pozostaje nie tylko jedyną polską siatkarską drużyną, która triumfowała w najwyższej rangi rozgrywkach klubowych, ale również jedyną w grach zespołowych.
- Mam nadzieję, że na kolejny sukces nie będziemy musieli długo czekać. Może Bełchatów w tym roku da radę? Ma nie tylko finał u siebie, ale i mocny zespół. Liczę na to, bo już czas... - mówi z optymizmem w głosie Bosek.

Katarzyna Kajzerek

PUCHAROWA PACZKA SKIBY

To były czasy i to były nazwiska. W latach siedemdziesiątych w Płomieniu grały największe gwiazdy polskiej siatkówki.

„Gaweł”  Wiesław Gawłowski - Rozgrywający Płomienia i reprezentacji Polski. Złoty medalista MŚ i IO. Po igrzyskach w Moskwie w 1980 roku występował we Włoszech. Wrócił do Polski i założył firmę. Zginął w wypadku samochodowym w 2000 roku.

„Bubu”  Ryszard Bosek - Złoty medalista MŚ i IO. We Włoszech występował przez pięć lat. Były trener kadry, a także klubowy. Obecnie prowadzi firmę i jest dyrektorem sportowym Wkręt-metu AZS Domex Częstochowa.

„Lala”  Włodzimierz Sadalski - Złoty medalista MŚ i IO. Od lat kojarzony z Finlandią, gdzie wyjechał rok po zdobyciu Pucharu Europy i współtworzył podwaliny tamtejszej siatkówki. Przez dwa lata prowadził reprezentację Finlandii.

„Waldi”  Waldemar Wspaniały - Rok po zdobyciu Pucharu Europy zakończył karierę zawodniczą. Został trenerem najpierw klubowym, potem reprezentacyjnym. Prowadząc Mostostal Kędzierzyn-Koźle zajął trzecie miejsce w Lidze Mistrzów. Obecnie wiceprezes PZPS.

„Lesio”  Leszek Molenda - Przez trzy lata reprezentował Polskę. Ma na swoim koncie epizod gry we Włoszech. Zmarł na zawał serca.

„Filip”  Jan Rogowicz - Jako zawodnik był bardzo związany z Płomieniem. Tu spędził większość życia. Jako trener pracował nie tylko z mężczyznami. Z siatkarkami sięgnął po brąz mistrzostw Polski. Zmarł kilka lat temu.

„Malina”  Jerzy Malinowski - Po sukcesie grał we Włoszech, ale wrócił do Milowic, gdzie asystował trenerowi Waldemarowi Wspaniałemu. W latach 90. wyjechał na stałe do Włoch.

„Kasper”  Krzysztof Kasprzyk - Gdy zakończył karierę zawodniczą postanowił związać swoje życie z przemysłem górniczym.

„Fontek”  Wojciech Piątek - Po zakończeniu kariery pracował w szkole. Był także taksówkarzem.

Waldemar Kmera - Po zakończeniu kariery zajął się szkoleniem młodzieży w Zagłębiance Dąbrowa Górnicza., prowadził też sklep w Będzinie.

„Rudy”  Wiesław Pawlik  i „Zyga” Zygmunt Wolnicki - Postanowili wyjechać do Luksemburga, gdzie mieszkają do tej pory.

Oceń artykuł:
  • 2.24 z 5 gwiazdek
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Średnia ocena: 2.24
Artykuły mogą być komentowane tylko i wyłącznie przez zalogowanych użytkowników.
Jeżeli nie posiadasz konta w naszej Akademii - założ je już dziś.