WAŻNA INFORMACJA - strona korzysta z plików Cookie
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania prezentowanej zawartości do potrzeb odwiedzających. Korzystanie z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci Twojego komputera.

Akademia Polskiej siatkówki

  
Dane do logowania
Emocjonalny pragmatyk

W jaki sposób rozpoczęła się Pańska przygoda z siatkówką?

…na trzepaku na ulicy Krakowskiej w Częstochowie, gdzie mieszkałem. To było urządzenie przypominające siatkę. W siódmej klasie podstawówki zapisałem się do Szkolnego Klubu Sportowego i pamiętam, że w tym czasie a był to czas Mistrzostw Świata w Meksyku wybrałem sobie numer 6 na koszulce, bo z takim grał Stanisław Gościniak, mój idol. Generalnie lubiłem każdy sport, pociągnęła mnie piłka nożna. Byłem nawet w składzie juniorów starszych Rakowa. Wielkiej piłkarskiej kariery jednak nie zrobiłem. Sport jednak był głęboko w moim sercu. Aha, w Częstochowie trudno się też nie pasjonować żużlem. Zresztą jestem absolutnym fanem każdej sportowej rywalizacji.

Z trzepaka na prezesa siatkarskiego klubu, który przez wiele lat nadawał ton siatkarskim wydarzeniem i trendom w Polsce i Europie…

Po kolei. W 1987 roku byłem najmłodszym, niespełna 30-letnim szefem firmy w ówczesnym województwie częstochowskim, firmy zatrudniającej ponad 1500 osób. W ciąg dwóch lat dokonaliśmy skoku technologicznego. Jako pierwsi w Polsce przeszliśmy na skład komputerowy druku, podwoiliśmy zarobki pracowników. W tym czasie prezes AZS Częstochowa zaproponował mojej firmie wydanie folderu z okazji turnieju kwalifikacyjnego do Igrzysk w Seulu, który był rozgrywany właśnie w Częstochowie. Druga propozycja dotyczyła mojej osoby i związana była z wejściem do zarządu klubu. Nie oponowałem.

Szybko przejął Pan stery akademickiego klubu z Częstochowy.

Nie tyle przejąłem, co przedstawiłem kilka ważnych, ale i na tamte czasy rewolucyjnych projektów. Po pierwsze przestaliśmy być klubem wielosekcyjnym. To była decyzja fundamentalna. Do zarządu weszli ludzie polityki, samorządu a przede wszystkim biznesu. Reprezentowaliśmy miasto i region. Położyłem nacisk na wizerunek klubu – od strojów zaczynając, poprzez kontakty z mediami na środkach transportu kończąc. Uparcie walczyłem o transmisje telewizyjne. Mając telewizję, miałem rzetelną ofertę sponsorską. Pojawiły się reklamy na bandach, na boisku, na koszulkach. W Polsce byliśmy pionierami. Nie było żadnych regulacji w tym zakresie. Podglądałem, więc Włochów. W rezultacie przekonaliśmy sponsorów spoza miasta, ale zawsze były to firmy z naszego regionu i nie związane ze Skarbem Państwa.

Emocjonalny pragmatyk

Super, ale bez wyniku sportowego najlepszy marketing i PR nie wystarczą.

Owszem. Za mojej prezesury zdobyliśmy trzy razy mistrzostwo Polski i faktycznie mieliśmy kapitalny zespół. W pewnym momencie postawiliśmy na młodzież. Michał Chadała, Robert Prygiel, Piotr Gruszka, Krzysztof Śmigiel, Damian Dacewicz, Dawid Murek, wsparci nieco starszymi Andrzejem Stelmachem, Marcinem Nowakiem i Markiem Kwiecińskim pięknie siatkarski dojrzeli. To był nasz dream team. Naprawdę w Polsce nie baliśmy się nikogo a i w Europie zaczynaliśmy deptać po piętach najsilniejszym klubom. Jeśli udałoby się utrzymać ten skład na kolejne lata, to bez wątpienia byłyby kolejne złota. Niestety przedłużyły się negocjacje ze sponsorem i aż trzech zawodników wybrało kierunek włoski. Mogłem próbować ich zatrzymać, ale ja nigdy nie składam obietnic bez pokrycia.

Czy był Pan nieomylny? Czy z perspektywy czasu czegoś Pan żałuje?

Na pewno incydentu z Michałem Bąkiewiczem, ale już nie chcę do tego wracać. Z perspektywy czasu wiem, że powinienem być spokojniejszy, ale ja naprawdę kocham sport a sport to emocje. Zarządzanie w sporcie to praca całodobowa i w pewnym momencie sport zawłaszcza życie. Dlatego dziękuję za cierpliwość i wyrozumiałość żonie a synowi i córce, którzy towarzyszyli mi od dzieciństwa w sportowych wędrówka, za to że dzielili i dzielą moją pasję. Kiedy przestałem być prezesem AZS, to i rodzina zyskała męża, ojca, dziadka i firma się szybciej rozwija…

W Profesjonalnej Lidze Piłki Siatkowej S.A. wcale Pan nie zwalnia tempa. Niedawno został Pan po raz kolejny szefem Rady Nadzorczej.

Jestem jednym z założycieli spółki i najbardziej cenne jest to, że regulamin, który przyjęliśmy w 2000 roku uległ naprawdę tylko kosmetycznym zmianom. Na starcie pracowaliśmy naprawdę ciężko. Nie wszyscy wówczas szefowie klubów czuli, że budujemy coś bardzo ważnego. Kazimierz Pietrzyk z Kędzierzyna, koledzy z Gorzowa i Szczecina, ja i mój prawnik, Piotr Stolarski przez wiele tygodni tworzyliśmy regulacje, które uporządkowały wiele bardzo często odległych kwestii. Nie wdając się w szczegóły. Dziś nasze drużyny PlusLigi i ORLEN Ligi mają komfortowe obiekty, wypełnione publicznością, transmisje telewizyjne i sponsorów. Jeśli wówczas zabrakłoby nam determinacji, to nie uczynilibyśmy z siatkówki flagowej dyscypliny polskiego sportu. To były także podwaliny pod późniejsze sukcesy reprezentacji, wicemistrzostwo świata, mistrzostwo Europy, medal brązowy Starego Kontynentu, czy też zwycięstwo w Lidze Światowej. W Polsce pojawiły się prawdziwe gwiazdy światowego formatu. Nie ukrywam, że jako wiceprezes związku byłem gorącym orędownikiem marki Polska Siatkówka. Nie ma podziału na ligową, czy reprezentacyjna siatkówkę. Siatkówka to jedność.

Czy nie popadamy w samozachwyt? Czy nie ma żadnych zagrożeń?

Skądże, cały czas jesteśmy czujni. Od początku dbając o dobro Polskiej Siatkówki wprowadzamy regulacje, które te interesy mają chronić. Obowiązek obecności na boisku trzech Polaków, Polek w meczach Plus i ORLEN lig zabezpiecza interesy reprezentacji. Zajmiemy się niebawem kwestią gry z podwójnym paszportem a od przyszłego sezonu wprowadzimy draft, który zresztą został postanowiony wcześniej. Dzięki draftowi zminimalizujemy sytuacje, w których młodzi gracze w najważniejszym momencie swojej kariery stoją w kwadratach. Na takie marnotrawstwo nas nie stać.

Emocjonalny pragmatyk

Pańskim zięciem jest kapitan piłkarskiej reprezentacji Polski, Jakub Błaszczykowski, gracz Borussi Dortmund. Czy możliwe jest wprowadzenie do Polskiej Siatkówki modelu zarządzania sportem, który stosowany jest w Niemczech?

Kiedy w niemieckiej piłce nożnej pojawił się kryzys sportowy natychmiast przyjęto program naprawczy skorelowany z organizacją mistrzostw świata. Mistrzostwa świata stały się czynnikiem motywującym. Po pierwsze zunifikowano szkolenie dzieci i młodzieży. W Polsce ten proces już się rozpoczął dzięki kapitalnemu programowi Ministerstwa Sportu i Turystyki oraz związku, czyli programowi Siatkarskich Ośrodków Szkolnych. Druga część niemieckich działań związana była z rozbudową infrastruktury. Każdy klub Bundesligi, jest ich 18 otrzymał pomoc państwa pozwalającą na remont lub budowę nowego stadionu. Te działania wcale się nie skończyły po mundialu. Teraz, mimo kryzysu unowocześniana jest infrastruktura klubów II ligi. Dlatego stadiony w Niemczech są pełne. Kibic czuje się doceniony. Mało tego, kiedy w 1996 roku Borussia popadła w tarapaty finansowe, to pierwszym który jej pomógł, to był największy rywal, Bayern Monachium. Bawarczycy uznali bowiem, że bez takiego przeciwnika, ale tylko sportowego, to i oni stracą. Mam nadzieję, że i w Polsce będziemy równie konsekwentni, jak w Niemczech.

To dlaczego w Polsce tak trudno wdrożyć w sporcie model partnerstwa publiczno – prywatnego, który znany jest chociażby w Borusssi Dortmund?

Dla władz Dortmundu, zarządu Borussi najważniejsze jest by stadion żył. Miasto pokrywa koszty utrzymania obiektu i zabezpieczenia widowisk. Kibic ma komfortowe warunki oglądania meczu a następnego dnia zazwyczaj dzień wolny od pracy. Dla niemieckiego kibica mecz nie kończy się z ostatnim gwizdkiem. On ma możliwość spędzenia czasu z przyjaciółmi, napicia się piwa, pójścia do pubu. Tam wydaje pieniądze i napędza gospodarkę. Niemcy dokładnie to wyliczyli i im się to opłaca. Dlatego niemiecki związki sportowe są poddawane nieustannej presji by organizować, jak największą liczbę wydarzeń. Państwo daje jednak bardzo atrakcyjne gwarancje finansowe. U naszego zachodniego sąsiada już dawno zrozumieli, że najtańszą formą promocji i reklamy jest sport. My chyba do tego modelu musimy jeszcze dojrzeć i mam nadzieję, że pierwszy krok w tym kierunku zrobimy przy okazji przyszłorocznych, polskich mistrzostw świata siatkarzy. Przecież Polska robi najlepsze imprezy siatkarskie. Nie wykorzystać takiej sposobności…

Marzeniem Andrzeja Gołaszewskiego jest…

Zatańczyć na weselach wnucząt, a niebawem już będziemy mieli ich czwórkę. Cieszyć się z mistrzostwa olimpijskiego i świata polskiej reprezentacji siatkarskiej i wygrania Ligi Mistrzów przez Borussię Dortmund. Na dzisiaj to tyle, bo ludzie którzy nie marzą nie czynią postępu.

Rozmawiał
JANUSZ UZNAŃSKI
TVP WARSZAWA
Oceń artykuł:
  • 2.71 z 5 gwiazdek
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Średnia ocena: 2.71
Artykuły mogą być komentowane tylko i wyłącznie przez zalogowanych użytkowników.
Jeżeli nie posiadasz konta w naszej Akademii - założ je już dziś.